RSS
czwartek, 29 września 2016

Byłam dzisiaj z moimi podopiecznymi na małej wycieczce "autobusowej". W drodze powrotnej na przystanku zagadnęła nas pewna Pani. Była to osoba niepełnosprawna na wózku. Zaczęła się rozmowa. Jak się okazało Pani miała porażenie mózgowe... Umysł miała powiedzialabym bardzo lotny, próbowała nawet ironizować swój stan. Kiedy opuściliśmy autobus najstarsza z podopiecznych powiedziala: "po co stanęliśmy koło tych ludzi (Pani była z opiekumem) gdybyśmy stanęli w innym miejscu nie wypytywała by nas o tyle rzeczy". Moje oburzenie sięgnęło zenitu. Ze spokojem jednak zapytałam co w tej Pani jej tak przeszkadzało? Wygląd? Nie musiała odpowiadać :(  Wiedziałam. To spotkanie zburzyło jej piękny świat w którym nie było miejsca dla "takich osób"... Tłumaczyłam, że "tacy" ludzie też mają prawo normalnie funkcjonować, potrzebują miłości i akceptacji... Jej odpowiedź: a co mnie to obchodzi! Zdziwiło mnie to. Jestem z nią od 6 lat i uważam, że to bardzo empatyczna dziewczynka. Nigdy jednak nie znalazła się w takiej sytuacji bezpośrednio. W zderzeniu z rzeczywistością lata nauki poszły w las... 

Wyciągnęłam z tej sytuacji jednak wnioski. 

Zapewne wiele razy mijamy ludzi jakże innych od nas samych. Innych pod wieloma względami. Czasem niedostrzegalnych gołym okiem. Jednak kiedy różnice są widoczne starajmy się nie przechodzić obojętnie. Tłumaczmy naszym pociechom... Dajmy im dobry przykład...

 

 

wtorek, 27 września 2016

Prezent....

 

Kiedy stajesz się osobą wierzącą w którymś momencie potrzebujesz wsparcia. Wsparcia kogoś kto może pewne rzeczy wyjaśnić albo po prostu sprowadzić na ziemię... 

Dwa tygodnie temu pojechałam do Sanktuarium Jana Pawła II. Poprosiłam za Jego wstawiennictwem Boga o takie właśnie wsparcie. O kogoś "z krwi i kości"... Dwa dni temu otrzymałam ten dar za co z całego serca jestem wdzięczna Bogu.

 

Ktoś mógłby zapytać: jak należy się modlić, aby Bóg nas wysłuchał? 

Myślę, że prosto z serca! 

Myślę, że Bogu nie potrzebne są jakieś wyszukane modlitwy... 

 

Jest jeszcze jedna kwestia - poprośmy chociaż czasem o potrzebne łaski. 

Kiedyś przeczytałam kazanie jednego z księży o tym, że nie potrafimy się modlić. W ogromnym skrócie :

.... traktujemy modlitwę jak koncert życzeń....

Tymczasem często nie wiemy co jest dla nas dobre... Domyślam się, że dla niektórych może nie brzmieć to zachęcająco. Wydaje nam się, że wiemy lepiej...

 

Dla pocieszenia wątpiącym

 

Bóg czasem zmienia zdanie 

 

 

Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam (Mt 7, 7); Otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie (Mt 21, 22);

 

 

Koronka do Najświętszego Serca Pana Jezusa Ojca Pio obok św.Jana Pawła II i św. Faustyny mój ulubiony święty.

Codziennie odmawiał tę koronkę w intencji ludzi, którzy polecali się jego modlitwom.

 

1. O, mój Jezu, Ty powiedziałeś: "Zaprawdę mówię wam, proście, a otrzymacie, szukajcie, a znajdziecie, pukajcie, a będzie wam otworzone", wysłuchaj mnie, gdyż pukam, szukam i proszę o łaskę......

       Ojcze nasz..., Zdrowaś Maryjo..., Chwała Ojcu...       Najświętsze Serce Jezusa, ufam Ci i w Tobie pokładam nadzieję.

 

2. O, mój Jezu, Ty powiedziałeś: "Zaprawdę mówię wam, o cokolwiek będziecie prosić Ojca w imię moje, da wam", wysłuchaj mnie, gdyż proszę Ojca w Twoje imię o łaskę.....

 

       Ojcze nasz..., Zdrowaś Maryjo..., Chwała Ojcu...       Najświętsze Serce Jezusa, ufam Ci i w Tobie pokładam nadzieję.

 

3. O, mój Jezu, Ty powiedziałeś: "Zaprawdę mówię wam, niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą", wysłuchaj mnie, gdyż zachęcony Twoimi słowami proszę o łaskę.......

       Ojcze nasz..., Zdrowaś Maryjo..., Chwała Ojcu...       Najświętsze Serce Jezusa, ufam Ci i w Tobie pokładam nadzieję.

 

O, Najświętsze Serce Jezusa, dla którego jest niemożliwe tylko to, aby nie mieć litości dla strapionych, dlatego miej litość nad nami, biednymi grzesznikami i udziel nam łask, o które Cię prosimy za pośrednictwem Niepokalanego Serca Maryi, Twojej i naszej czułej Matki. Św. Józefie, Przybrany Ojcze Jezusa Chrystusa, módl się za nami.

piątek, 23 września 2016

malzenstwo_to_takie_wyszukane_slowo_20140712_130917

 

Wczoraj przyjechałam z pracy wcześniej niż zwykle. W progu usłyszałam? Czy ty czegoś ode mnie chcesz, że wróciłaś tak wcześnie?  Przełknęłam tą uwagę...

Dzisiaj przyszłam do pracy. Na blacie stał talerz z przygotowanym śniadaniem. Przychodzi mój szef i pyta:

pani Angeliko, a to co ?

To dla mnie? Kto to przygotował?

Moja odpowiedź: żona.

On na to : ona musi czegoś ode mnie chcieć.

 

Zwaliło mnie to z nóg...

Czy faceci nie potrafią docenić prostych gestów na znak miłości? Czy my kobiety koniecznie musimy padać Wam do stóp , na każdym kroku zapewniać Was o naszym uczuciu i w kółko powtarzać kocham !?

Na co dzień kiedy mąż wraca przygotowuję coś do jedzenia (u mnie opędzenie się kanapkami nie wchodzi w grę)..... Robię kawę... I zdarza się, że usłyszę przysłowiowe "zupa była za słona"..

Kiedy ja wracam jestem wdzięczna jak czeka na mnie kawa. Jak jest coś do jedzenia to myślę: ocho...święto w rodzinie 

Faceci powinniście Nas bardziej doceniać !!! Bierzecie przykład z Waszych dzieci....

Reakcja moich dzieci :
- oooo mama przyszła... Zaczyna się opowiadanie ...dzisiaj w szkole...

Reakcja moich podopiecznych:
- jest ! Jest ! Przyszła...

 

Przed chwilą telefon od męża. Opowiadam poranną sytuację i bez ogródek stwierdzam :

-  Wy faceci jesteście szurnięci !

Odpowiedź :

- my jesteśmy tacy niedoskonali 

 

To jest miłość  Po 20-stu latach ....

 

 

10:16, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 września 2016

 

Moje psy...

Wczoraj przyśnił mi się jeden z moich psów - Nero.
W swoim życiu miałam dwa psy - Nera i Dianę, oba boksery. 
Raczej zawsze bałam się psów. Kiedy rodzina zaczęła naciskać zgodziłam się pod warunkiem, że będzie to bokser. Dziwny wybór zważywszy na mój strach. Dlaczego bokser ?  Po prostu mi się podobał. 
Często na osiedlu widywałam starszego pana z bokserem.  Zastanawiałam się wówczas - dlaczego on zawsze chodzi z tym psem pijany.  Osądziłam go !

Wychodziłam z Nerem na spacery i wtedy właśnie poznałam owego pana... Było mi wstyd przed samą sobą.  Okazało się bowiem, że pan był po wylewie. Miał problemy z mową. Często spotykaliśmy się na spacerach. Opowiadał o sobie o swojej pasji i....o moim ojcu, którego nie pamiętałam. To dzięki niemu Go poznałam bliżej i dzięki paru innym osobom, które poznałam chodząc na spacery właśnie z Nerem. 
W głowie miałam mocno zniekształcony obraz ojca.... ale to inna historia... Któregoś dnia ów pan zapukał do moich drzwi z prezentem dla moich dzieci - przyniósł bajkę "Król lew". Potem było jeszcze kilka innych, płyty z nagraniami moich ulubionych piosenek.... Nigdy nic nie chciał w zamian. Robił to jak twierdził z przyjemności.
Ech, łza się w oku kręci...

Diana była zaadoptowana z Fundacji Boksery w Potrzebie dla towarzystwa Nera, kiedy przeprowadziliśmy się na wieś, a ja poszłam do pracy.  
Diana to pies odebrany od właścicielki, która przez dwa lata przetrzymywała ją w nieludzkich warunkach... Wiele przeszła.   Miała 9 lat. Kiedy ją zobaczyłam na zdjeciach nie znałam jej historii. Od razu wiedziałam, że tylko ona...  Pojechaliśmy po nią. Pani z Fundacji zapytała dlaczego właśnie Diana? Do dzisiaj pamiętam dokładnie swoją odpowiedź: "Wydaje mi się, że jeżeli jej nie weźmiemy to nikt tego nie zrobi. To stary pies". Wracając płakałam nad nią i jej losem...nad okrucieństwem właścicielki....Była z nami prawie dwa lata.  Kilka dni przed Bożym Narodzeniem spadła z łóżka... Pojechaliśmy do weterynarza. Badania, prześwietlenia, leki.... Kolejnego dnia diagnoza - dają jej dwa tygodnie życia w męczarniach ma zwyrodnienie kręgosłupa. Musieliśmy podjąć decyzję.  Miałam ostatnie pieniądze w portfelu odłożone na Święta. Wydałam je na eutanazję Diany.  Nie wiem jakim cudem pieniądze na Święta też się w ostatniej chwili znalazły...

Któregoś ranka obudziłam się z myślą, że Bóg dociera do każdego z nas w najbardziej przyswajalny dla nas sposób. Uczy nas miłości na różne spodoby, używając do tego różnych środków...

 

311036_185355141538975_51781839_n

Diana i Nero 2009 r.

10:39, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 września 2016

Pomyślałam dzisiaj o jednej z osób za, którą się modliłam.  Momentalnie przypomniało mi się opowiadanie, które czytałam jakieś kilkanaście lat temu.....


Życie nie jest niczym innym jak podróżą pociągiem: składającą się z wsiadania i wysiadania, naszpikowanym wypadkami, przyjemnymi niespodziankami oraz głębokimi smutkami. 

Rodząc się, wsiadamy do pociągu z napisem ŻYCIE. Znajdujemy tam osoby, z którymi myślimy być zawsze podczas naszej podróży: naszych rodziców.... Niestety, prawda jest inna. Oni wysiadają na jakiejś stacji pozbawiając nas swojej czułości, przyjaźni, towarzystwa. Jednak to nie przeszkadza, by wsiadły inne osoby, które staną się dla nas bardzo szczególne. 
Przybywają nasi bracia, przyjaciele i cudowne miłości. 
Wśród osób, które jadą tym pociągiem, będą takie, które robią sobie zwykłą przejażdżkę, takie, które wywołują w podróży tylko smutek... oraz takie, które krążąc po pociągu będą zawsze gotowe do pomocy potrzebującym.
Wielu wysiadając pozostawi ciągłą tęsknotę... inni przejdą tak niezauważenie, że nie zdamy sobie sprawy, że zwolnili miejsce.


Ciekawe jest, że niektórzy pasażerowie, którzy są przez nas najbardziej ukochani, zajmą miejsca w wagonach najbardziej oddalonych od naszego. Dlatego będziemy musieli przebyć drogę oddzielnie, bez nich. Oczywiście, nic nam nie przeszkadza, by w trakcie podróży porozglądać się - choć z trudnością - po naszym wagonie i dotrzeć do nich... Ale niestety, nie będziemy już mogli usiąść przy ich boku, ponieważ miejsce to będzie już zajęte przez inną osobę. 
Nieważne; ta podróż właśnie tak wygląda: pełna wyzwań, marzeń, fantazji, oczekiwań i pożegnań... Ale nigdy powrotów.

A zatem, odbądźmy naszą podróż w możliwie najlepszy sposób. Próbujmy zawierać znajmomości z każdym pasażerem szukając w każdym z nich ich najlepszych cech. Pamiętajmy, że zawsze w jakiejś chwili w podróży oni mogą bełkotać i prawdobodobnie będziemy musieli ich zrozumieć... Ponieważ nam również wiele razy będzie plątać się język i będzie ktoś, kto nas nie zrozumie. 
Wielka tajemnica na końcu polega na tym, że nigdy nie będziemy wiedzieć na jakiej stacji wysiadamy, ani gdzie wysiądą nasi towarzysze, ani nawet ten, który zajmuje miejsce przy naszym boku.
Zastanawiam się, czy kiedy wysiądę z pociągu, poczuję nostalgię... Wierzę, że tak. Oddzielić się od niektórych przyjaciół, z którymi odbywałem podróż będzie bolesne. Pozwolić, by moje dzieci pozostały same, będzie bardzo smutne. Ale chwytam się nadziei, że kiedyś przybędę na stację główną i zobaczę jak przybywają z bagażem, którego nie posiadali przy wsiadaniu. Uszczęśliwi mnie myśl, że współpracowałam przy tym, by ich bagaż rósł i stawał się bardziej wartościowy. 

Mój przyjacielu, sprawmy, by nasz pobyt w tym pociągu był spokojny i wart starań. Róbmy tak, by gdy nadejdzie chwila wysiadania, na naszym pustym miejscu pozostała tęsknota i miłe wspomnienia dla tych, co kontyuują podróż. Tobie, gdyż jesteś częścią mojego pociągu, życzę... 

Szczęśliwej podróży!!! 

 

 

 

 

 

20:24, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »

Jajko Wielkanocne

 

Jajko Wielkanocne symbol nowego życia...

To pierwsza rzecz jaką stworzyłam stając się osobą wierzącą. Wymowne   

 

Dopiero teraz zwróciłam na to uwagę. 

 

 

20:17, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »

Myśl o tym, że muszę dać świadectwo pojawiła się już kilka miesięcy temu. Nie bardzo wiedziałam jak się za to zabrać.  Szybko się zniechęciłam.

Parę dni temu kolejna myśl - odwagi i piosenka Dżemu "Żyj z całych sił..." Później następna - ta dotyczyła mojego hobby czy tego co lubię ogólnie, tego co mnie inspiruje.  Odkąd pamiętam lubiłam "coś tworzyć" najlepiej coś z niczego 

Presja publikowania moich prac, myśli czy tego co mnie inspiruje jest silniejsza ....

Mam wrażenie, że nie mam tu nic do powiedzenia   

Wierzę jednak Bogu, wierzę, że to ma czemuś służyć.... 

20:17, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »

 

Moja droga do wiary była długa i kręta. Zastanawiam się od czego zacząć. Pewnie najlepiej od początku tylko w tym przypadku sama nie wiem gdzie jest początek...

Przez wiele lat byłam osobą niewierzacą.  Naturalnie zostałam ochrzczona, przystapiłam do pierwszej komunii i bierzmowania ale.....  Właśnie to ALE...  Teraz z perspektywy czasu mam właśnie przekonanie, że byłam niewierzącą.  Nikt nigdy nie nauczył mnie wiary. W domu było różnie. Wychowałam się w rozbitej rodzinie w przekonaniu, że mój ojciec jest kompletnym zerem. Faceci ogólnie są BEEE, a my kobiety "mamy leżeć i pachnieć" - to było określenie mamy, ale nie o tym chciałam pisać... 
Owszem w dzieciństwie mama czasem wysyłała mnie do kościoła było to jednak traktowane jak przykry obowiązek. 

Kiedy zaczęłam wierzyć?
Myślę, że wszystko zaczęło się jedenaście lat temu...
Był marzec Ojciec Św. Jan Paweł II był w stanie agonalnym.  Na kilka dni przed jego śmiercią nagle zaczęłam śledzić stan jego zdrowia... Kiedy ogłoszono jego odejście płakałam jak bóbr przez kilka dni. Coś we mnie pękło, a przecież nigdy nawet nie pofatygowałam się żeby go posłuchać. 
Był to również okres przygotowywania się syna do I Komunii Św.
Chodziłam z nim na próby. W tym okresie po raz pierwszy w życiu poczułam żal za grzechy... Do spowiedzi św. poszłam z łzami w oczach... Ksiądz mnie nie zrozumiał... Powiedział, że spowiedź polega na wymienieniu wszystkich grzechów... Wiedziałam o tym...wymieniłam... Nie było mowy o jakimś pouczeniu. Otrzymałam rozgrzeszenie, ale czułam się jak zbity pies. Wówczas potrzebowałam czegoś więcej.

Obraziłam się na Pana Boga na Kościół...

Kolejne lata były jak zły sen... Przeprowadzałam się z rodziną kilka razy... 
Kiedy młodsza córka szła do komunii w ogóle nie poszłam do spowiedzi.

Miesiąc po wyprowadzce z mojej rodzinnej miejscowości zaczęłam pracowac jako opiekunka dziecka u osoby nie wierzacej w to, że Bóg istnieje... Często w rozmowach poruszała ten temat. Wspominała o pewnej znajomej, która pomaga duszom, ludziom...  Wówczas pojawiła się myśl - ...JA TEŻ TAK CHCĘ...

Chyba zawsze byłam otwarta na ludzi, chciałam im pomagać, wierzyłam im i w nich. Moja mama zwykła nazywać to naiwnością i głupotą 

Po 9 miesiącach zrezygnowałam z pracy nie mając żadnych perspektyw. Coś się we mnie buntowało, nie chciałam tam już pracować. Niby wszystko ok, byłam doceniana......a jednak coś było nie tak. Mąż również wówczas nie pracował... Było ciężko... Po dwóch miesiącach zadzwoniła do mnie osoba u której pracuję do dnia dzisiejszego..... Było lepej. Mąż znalazł pracę. Kolejna przeprowadzka... 

Byłam coraz bliżej ukochanego Krakowa (nie potrafię logicznie wytłumaczyć tej "miłości")
W międzyczasie wiele czytałam głównie o podświadomości pozytywnym myśleniu, medytacji...
Naturalnie na mnie metody podawane w książce nie działały jakoś spektakularnie.  

Blisko dwa lata temu (grudzień 2014) czytając w jednej z książek trafiłam na zdanie, które należało powtarzać jak mantrę:

"Bóg już teraz zaspakaja wszystkie moje potrzeby.... "

Ja w miejsce kropek wstawiłam m.in. słowo DUCHOWE. Pamiętam, że powtarzałam owe zadanie trzy dni przed zaśnięciem. Wydawało mi się, że Bóg mnie nie słucha... Zrezygnowałam. Po krótkim czasie zorientowałam się, że pamiętam swoje sny. Pojawiła się myśl -"musisz nauczyć się interpretować sny".  Poddałam się tej myśli. Niejednokrotnie błądzilam.  Teraz idzie mi lepiej 
Nie skojarzyłam tego z Boskim działaniem. Ta myśl pojawiła się niedawno.  Teraz wiem, że wszystko co się działo miało mnie zaprowadzić właśnie "w to miejsce w ktorym jestem, a może jeszcze dalej...".  

Była połowa wakacji 2015.  Miałam anginę, siedziałam w domu. Córka jechała do biblioteki i zapytała czy nie chcę jakiejś książki. W zasadzie nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. Wpadł mi w oczy tytuł "Zero ograniczeń".  W książce opisana jest metoda hoponopono. Polega ona w skrócie na powtarzaniu słów "przepraszam, wybacz mi proszę, dziękuję, kocham cię". Jest trochę odjechana bo wg mnie kierowanie tych słów do np. krzesła jest przesadą. Ja miałam przekonanie co do kierowania owych słów w stosunku do osób wobec których mam jakiś żal.  
Natrafiłam również na zdanie "trzeba we wszystkim zaufać Bogu..." . Nagle dostałam olśnienia ! Powtarzałam - Boże przecież to było takie proste!  

Był to również okres ciężki dla mnie w pracy.  Coraz więcej ode mnie oczekiwano. Miałam ochotę rzucić to wszystko... Postanowiłam wypróbować metodę na moim szefie  Na początku ciężko szło:))   Nie wiem jak to się stało, ale podziałało. Od tego czasu rekacje poprawiły się wręcz zadziwiająco.

Wewnętrznie czułam że to do końca nie jest "to". 
Myślę, że miało mnie to nauczyć czegoś... Przychodzą mi do głowy słowa, ktore kiedyś usłyszałam - "czasem, aby znaleźć Boga musimy się trochę ubrudzić" - nie bójmy się tego.

W ten sposób traktuję ten etap. Dokładnie tak samo było później. Żeby nie przedłużać.... Kolejna książka, kolejna metoda... 
Po przeczytaniu znowu przyszedł moment na jej zastosowanie. 

Wniosek na dzień dzisiejszy - metody nauczyły mnie ogromnej miłości do ludzi mio, że stosowalam je bardzo krótko. 

W którymś momencie znalazłam link do nagrania na yt "miłość bezwarunkowa". Podczas odsłuchiwania pojawił mi się przed oczami obraz Pana Jezusa. Proszę mnie dobrze zrozumieć to nie było żadne widzenie! To był obraz przywołany jakby z pamięci... Wówczas zaczęłam się zastanawiać. No dobrze, a co właśnie z Panem Jezusem. O nim nie było mowy w żadnej z książek, które przeczytałam, w żadnej metodzie?!   Obraz praktycznie nie znikał. Jakby mnie "prześladował" . Choć to bardzo złe określenie. Trwało to kilka tygodni. W końcu uznałam, że powinnam przeczytać Biblię. Jakoś marnie mi szło. Wielu rzeczy nie rozumiałam. Pojawiła się myśl - Ewangelia! Było łatwiej. Czytałam Ewangelię każdego dnia i kilka komentarzy do niej. Wówczas również czytałam bloga o.Grzegorza Kramera, czasem słuchałam o. Adama Szustaka  
Po pewnym czasie zauważyłam, że każdego dnia spotykają mnie sytuacje o których mowa w Ewangelii na dany dzień. Każdego dnia musiałam się z nimi zmierzyć.  To był początek ! Początek mojej WIARY przez duże "W".

 

MYŚL:

Są ludzie, którzy czytają horoskopy, a ja mam Ewangelię !

 


Dokładnie w jedenastą rocznicę śmierci Jana Pawła II obudziłam się zlana potem. 
Sen :
Stałam na ulicy. Zobaczyłam sąsiadkę (to była osoba, którą znałam z rodzinnego miasta całkowicie neutralna - myślę, że w śnie nie miała osobistego znaczenia). Poczułam do niej ogromną miłość bliźniego. Jej postać zmieniła się w kogoś w pelerynie z kapturem na głowie. Odwróciła się, a ja poczułam nienawiść bijącą od tej "osoby" . To była kwintesencja zła... Pamiętam, że krzyczałam - nienawidzę cię. Bałam się. Usłyszałam głos - w ten sposób "tego" nie pokonasz. Musisz okazać miłość. Byłam przerażona... Starałam się... Ktoś mi pomagał... Obudziłam się czułam obecność Jezusa... Miałam wrażenie, że kiedy wyciągnę rekę to go mogę dotknąć... W głowie pojawiały się kolejne myśli, słowa - Jakby dialog przeprowadzany w myślach..

- nie bój się, już nic ci nie grozi, jestem przy Tobie......

Chciałam tylko zasnąć. Cały czas czułam Jego obecność...

Wiem jak to zabrzmiało, ale mogłabym przysiądz, że to wydarzyło się naprawdę.
Obudziłam się po paru godzinach.

 

Byłam rozbita. Nie wiedziałam co mam o tym wszystkim myśleć. Była sobota. Mój mąż wyjechał w trasę byłam z dziećmi. Chciałam wyrzucić to z siebie, ale nie wiedziałam komu mogłabym opowiedzieć... Mąż nawet gdyby był pewnie by nie uwierzył. Kolejnego dnia pojechałam rankiem do Castoramy. Parking był pełny. Z Sanktuarium Bożego Miłosierdzia dobiegały odgłosy mszy. Zastanowiło mnie co to za święto. Dziwne pomyślałam. Mieszkałam w Krakowie od ponad trzech lat. Naturalnie wiedziałam o istnieniu Sanktuarium,  ale jakoś mnie to nie interesowało. Jak wspominałam nie chodziłam do Kościoła od lat. Przyjechałam do  domu i zaczłam drążyc temat. Szperałam po internecie. Niedziela Miłosierdzia Bożego. Trafiłam na strone o św. Faustynie. Potem na jej Dziennik. Kolejna myśl - musisz go przeczytac. Pytanie postawione w myślach - po co ? Odpowiedź - dowiesz sie jak przeczytasz. przeczytałam kilka stron... Kolejnego dnia zrozumiałam. Do pracy przyjechałam jak zbity pies. Szefowa od razu poznała, że coś jest nie tak. Próbowałam jej opowiedziec, ale słowa uweizły mi w gardle. Patrzyła na mnie jak na wariatkę . Nie byłam w stanie wszystkiego powiedzieć. Do dzisiaj mam przed oczami jej wzrok. Nie mam do  niej żalu. Ona nie rozumiała. Postanowiłam, że nie będę nikomu o  tym wspominać - przynajmniej na razie.  W kolejny weekend pojechałam do Sanktuarium. Czytałam Dziennik, Ewangelię.... Kilka dni poźniej trafilam na o. Pio... Przeczytałam o jego córkach duchwych i co należy zrobić aby nią zostać. Pomyślałam - ech to nie dla mnie, nie byłam w spowiedzi 11 lat. Ksiądz mnie przegoni. Kilka minut poźniej weszłam do garderoby. Poczułam piekny zapach.Zastanawiałam sie skąd pochodzi bo przecież nigdy wcześniej go nie czułam. Nie zaparzątałam sobie jednak tym głowy. Przypomniałam sobie o tym zdarzeniu dwa dni póżniej kiedy przeczytałam o zapachu o.Pio. Kilka dni późniejiej myśl o pójściu do spowiedzi nie dawała mi spokoju... Czułam jakbym chodziła z ogromnym balastem, który mnie przygniata. Okropne uczucie, płakałam przez dwa dni.  Strach przed byciem niezrozumianą był jednak wiekszy. Niedługo potem niespodziewanie wyszłam z pracy wcześniej. Czułam palącą potrzebę, aby jechać do Sanktuarium. Usiadłam w ławce. Zastanawiałam sie - po co tutaj przyszłam. Mój wzrok padł na konfesjonał. Kolejna myśl - jak to po co, do spowiedzi! No idź ! Zabrzmiało jak rozkaz.  Do dnia dzisiejszego nie wiem skąd znalazłam siłę aby podejśc do konfesjonału. Jakby jakaś niewidzialna siła mnie tam wypłynęła. Zdążyłam tylko pomyśleć - Boże daj mi kogoś kto zrozumie. Zrozumiał...... Kiedy wspomniałam o o.Pio i o tym, że tak naprawdę wypchneła mnie z ławki jakaś siła płakał razem ze mną.  Nigdy więcej nie spotkałam tego księdza w Sanktuarium... Pewnie był przejazdem 

Po kilku dniach obudziłam się z myślą o Duchu Świętym. Nie dawało mi to spokoju przez cały dzień. Wieczorem przeglądając internet zorientowałam się .... Nowenna do Ducha Świętego. Był dokladnie dzień, w którym należało ją zacząć odmawiać - 9 dni przed uroczystością Zesłania Ducha Świętego. Postanowiłam, że ofiaruje ją w intencji męża. Za kilka dni mąż powiedział "ty moja gołąbeczko". Oniemiałam. Gołąb to symbol Ducha Świętego, a mój mąż nigdy w ciągu 20 lat małżeństwa nie powiedział gołąbeczko...

Takich zdarzeń, myśli jest od tego czasu mnóstwo. Praktycznie każdego dnia pojawia się nowa. 

Są również sny. Sny, w których pojawiają się osoby i proszą o modlitwę za nich. Sny, które mnie ostrzegają....

Pewnego dnia przyśnił mi się szwagier. Prosił o pomoc.  Pomodlilam się. Dwa tygodnie później dostał pracę z której go zwolniono 1.5 roku wcześniej za alkohol i do której wg przepisów nie miał szans powrócić. 

Któregoś dnia podczas mszy odniosłam wrażenie, że ksiądz mówiący kazanie cierpi....  Myśl o jego bólu nie dawała mi spokoju do momentu kiedy postanowiłam, że poświęcę mu kilka dni modlitwy.

Czasem jest to ktoś obcy, spotkany na ulicy w sklepie....

 

Naturalnie może ktoś uznać, że to moja nadinterpretacja, jednak wychodzę z założenia, że modlitwa nikomu jeszcze nie zaszkodziła  

Są jednak przypadki, które jestem w stanie zweryfikować. Stosuję jeszcze jedną zasadę: proszę Boga o udzielenie potrzebnych łask bo tak naprawdę my często nie wiemy czego nam potrzeba. Tylko Bóg to wie...

 

Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą” Mt 7,7-11