RSS
sobota, 09 grudnia 2017

Wczoraj opadłam z sił. Miałam naprawdę dość... Założyłam na uszy słuchawki włączając jakąś muzykę. Rankiem chcąc wyjść z kanału rzucił mi się w oczy jeden z filmów  ks. Pawlukiewicza.

Polecam wszystkim... 

09:27, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 listopada 2017

 

Pamietam, że będąc dzieckiem miałam wujka, który był księdzem. Babcia opowiadała, że zaraz po wojnie poszedł na nogach do Rzymu i tam już pozostał.  Kiedy przyjeżdżał "właziłam" mu na kolana i słucham. Dzięki niemu poznałam m. in. smak nutelli :)
Do dnia dzisiejszego pamiętam adres na który wysłaliśmy do niego listy czy pocztówki, chociaż on od 20 lat nie żyje. 
 
Ksiądz dla mnie był zawsze taką samą osobą jak ktokolwiek inny. Nigdy nie widziałam powodu aby miał być traktowany w jakiś specjalny sposób. To człowiek z krwi i kości. Mający swoje nawyki, przyzwyczajenia, zalety i wady. Potrzebujący jak większość z ludzi bliskich, bliskości,  mogący pójść do kina czy na kawę, czy piwo. Mający czasem gorsze i lepsze dni. 
Tak też, zawsze księża byli przeze mnie traktowani. Oczywiście wiele razy spotkałam się z oburzeniem z ich strony. Czasem miałam z nimi "na pieńku", ale nie częściej niż z innymi, którym nie odpowiadał mój punkt widzenia czy podejście do sprawy. 
Czy w pracy, na ulicy, u lekarza... nie spotykamy się z tym samym? Ludziom często trudno jest zaakceptować to, że w nie zawsze możemy się zgodzić z ich poglądami czy sposobem bycia lub postępowania. 
Często słyszymy, że księża mają, kochanki,  dzieci, są pedofilami itd. 
Pytanie ile osób nie postępuje w taki sposób? Ilu jest pedofilii, zdrad... 
Wydaje nam się, że księża to jakaś inna kategoria ludzi. Czasem słyszę :ależ oni są księżmi, mają naśladować Pana Jezusa! Zapominamy, że my również powinniśmy to robić! 
 
Albo : sami narzucili sobie celibat! 
Ale czy osoby świeckie zawierając małżeństwo nie powinny dochować wierności? To dokładnie to samo. 
Obrzucamy ich obelgami, twierdząc, że wybrali łatwą drogę - ciepła posadka i pieniądze wiernych.
Pytanie dlaczego w ten sposób mówimy? 
Czy nie przemawia przez nas pewnego rodzaju zazdrość? Bo oto musimy całymi dniami pracować aby utrzymać rodzinę. 
Ale czy którakolwiek z tych osób zamieniłaby  się miejscami? 
Przychodzimy nawet po całym dniu do domu i oto witają nas dzieci, żona, mąż ... 
A ksiądz? 
Wraca do domu, pokoju i jest sam? 
Czy to naprawdę taka komfortowa sytuacja? Nie móc się nawet do kogoś przytulić?
I kolejny raz pojawia się ten schemat - takie życie wybrali.
Każdy z nas sam wybiera własną drogę i ponosi jej konsekwencje. 
 
Jedna z moich antyklerykalnych znajomych czasem publikuje na łamach gazet, swoje podejście oburzając się, że księża utrzymywanie są z naszych podatków. 
Kiedyś zapytałam czy nie może traktować księży jak innych grup społecznych - polityków, policji... 
Nie potrafiła odpowiedzieć...
Odniosłam wrażenie, że moje pytanie jeszcze bardziej spotęgowało jej zacietrzewienie. Jakby udała, że ono nie padło. 
Swoją drogą dziwi mnie fakt, że ktoś kto ma doktorat pisze habilitację, skończył filozofię wykazuje się taką krótkowzrocznością w tej kwestii. 
 
Każdy z nas czasem upada...
 
Każdy z nas będzie rozliczany że swojego życia... 
 
Nie chodzi o to aby przymykać oczy na zło. 
 
Może trochę więcej zrozumienia nie tylko dla księży, ale dla osób, którymi się otaczamy.
Każde nasze postępowanie czy dobre czy też złe ma jakiś przyczyny.
 
NIE MA SKUTKU BEZ PRZYCZYNY
06:43, zmiloscidoboga
Link Komentarze (1) »
niedziela, 22 października 2017
Boża wola
 
Kiedy w czerwcu składałam wypowiedzenie z pracy tak naprawdę nie miałam pojęcia co będę robiła dalej. Naturalnie przychodziły mi do głowy róże pomysły. Również i te związane z dalszą pracą z dziećmi. Miałam w sobie przekonanie, że jeszcze z nimi popracuję, ale to jeszcze nie było to czego chciałam. Było coś jeszcze... 
W lipcu kilka razy zaczynałam nowenę pompejańską. Po kilku dniach palny jakoś tak niefortunnie się układał, że nie miałam czasu na odmówić wszystkich części różańca.  Nie miałam zamiaru się poddać. Jestem z natury strasznym uparciuchem. W końcu się udało. Tym razem prosiłam o pracę, pracę zgodną z wolą Bożą. Ostatni dzień nowenny przypadł na 31 sierpnia. Miał to być również ostatni dzień mojej pracy.  W dalszym ciągu nie mogłam się na nic zdecydować. Któregoś dnia przeleciała mi myśl o powrocie do florystyki. Kiedyś kilka lat wcześniej to dzięki temu zajęciu wyszłam z finansowego dołka.
W pracy poproszono mnie jeszcze o kilka dni aby wdrożyć kogoś na moje miejsce. Zgodziłam się. I tak pierwszego września poznałam moją serdeczną już teraz koleżankę. Kiedy ją poraz pierwszy zobaczyłam wiedziałam, że to osoba od której muszę się czegoś nauczyć. Rozumiałyśmy się doskonale. W niedzielę jeździmy czasem do kościoła do Tyńca, potem obowiązkowa kawa i pogaduszki. To ona doradziła mi abym jeszcze trochę popracowala z dziećmi, ale nie jak dotychczas na pełen etat tylko w trochę innym systemie.
Początkiem września wysłałam kilka ofert pracy. Odzew przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Mogłam przebierać do woli.  
Wszystko pięknie, ale to przecież nie to!
Znów pojawiła się myśl o kwiatach. 
Spróbuję, nic przecież nie tracę. Zamówiłam kilka rzeczy w hurtowni, przygotowałam ofertę. 
Pierwsze zamówienie przyszło po trzech dniach. Otwarłam pocztę. Czytam treść zamówienia, imię, nazwisko i adres BOŻA WOLA... Oniemiałam! Nie miałam pojęcia,że istnieje taka miejscowość.
Tak czy owak wiem czym mam się zająć :) 

 

23:05, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 czerwca 2017

 

 

Od kilku miesięcy czułam jak uchodzi ze mnie energia. W ciągu ostatnich tygodni wciąż przybywało w pracy obowiązków a ja opadałam z sił. Zupełnie nie rozumiałam co się dzieje. Powtarzałam sobie - co jest grane przecież nie jestem taka stara :)

Mniej więcej trzy tygodnie temu szef poinformował mnie, że wyjeżdżają na tydzień na wakacje. Odetchnełam z ulgą myśląc - świetnie zrobię sobie chociaż jeden dzień wolnego.  Zawsze kiedy wyjeżdżali wybierałam sobie jeden dzień na odpoczynek. Teraz postanowiłam, że będzie to poniedziałek.

Jestem przyzwyczajona do porannego wstawania więc mimo, że zaplanowałam wolne obudziłam się jak zwykle około siódmej. Była 9.36 zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz- szef! W słuchawce usłyszałam - czy jest Pani w pracy? Odpowiedzialam - nie, dodając, że chciałam zrobić sobie wolne. 

No i się zaczęło…  Zamurowało mnie! Nie wytrzymałam. Zapytałam

 

- czy Pan teraz odpoczywa?! Ja też chcę. Od siedmiu lat najdłuższy mój urlop raz w roku wynosił trzy dni. Czy Pan nie jest w stanie zrozumieć, że ja też mam prawo do odpoczynku!

- tak rozumiem, ale teraz jest dużo pracy - odpowiedział.

Tak mnie rozjuszył, że już nie mogłam się powstrzymać. Zapytałam - to kiedy mam odetchnąć! Przecież nie mogę nawet wtedy kiedy jestem chora (w kwietniu miałam zapalenie płuc moje chorobowe trwało dwa dni po czym musiałam zaraz po powrocie nadrabiać zaległości). Pracuję po 180 godzin miesięcznie , a często i więcej.

Jeżeli ten jeden dzień jest takim problemem to zaraz się zbiorę i pojadę…

 

Padło jeszcze kilka gorzkich słów z Jego strony. Poczym zakończył rzucając - niech pani już zostanie dzisiaj w domu.

 

Rozpłakałam się jak dziecko… opuściły mnie siły. Pojechałam do Kościoła na osiemnastą. Usiadłam w ławce z trudem podnosząc się kiedy należało stać podczas mszy. Łzy cisnęły mi się do oczu…

 

Postanowiłam, że po powrocie szefa z urlopu poproszę aby znalazł kogoś innego na moje miejsce. Już kiedyś chciałam odejść. Znalazłam sobie lepiej płatną pracę. Wòwczas zaproponował mi takie samo wynagrodzenie. Zostałam.

Teraz obiecałam sobie, że tak nie będzie.  Nie tym razem! Tym razem nie chodziło mi o podwyżkę. Chodzi o coś zupełnie innego. O SZACUNEK!!!

 

Rano na myśl, że mam jechać do pracy robiło mi się niedobrze…  Przeczytałam Ewangelię”…  Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują…” Postanowiłam, że dzisiejszą mszę ofiaruję za mojego szefa i jego rodzinę.

 

Praca szła jak po gruzie…  Po czterech godzinach opadałam na krzesło… Miałam dość.  Bolała mnie każda cząstka ciała…  Prosiłam św. Faustynę o pomoc…  Z ogromnym trudem dobrnęłam do 16.30.

W Kościele trzymała mnie tylko siła woli…

 

Przyjechała do domu i padłam. 

Zastanawiałam się co mnie w tej sytuacji najbardziej zabolało. Chodziło o brak zrozumienia o szacunek dla innych.  

To nad tym tak ubolewałam. Szef płaci, szef wymaga. Po trupach do celu.

To nie jest zły człowiek. On po prostu myśli innymi kategoriami. Wciąż powtarza, że nie należy się nad sobą rozczulać. Biznes sprawił, że bywa bezwzględny. Zawsze musi postawić na swoim nawet gdy nie ma racji.  Często  udawało mi się na niego pozytywnie wpłynąć, sprawić, że na wiele spraw miał inne spojrzenie. Ale też nigdy nie chodziło o mnie samą.  

Sama nigdy nie potrafiłam czegoś “ugrac” dla siebie. Przełykałam ślinę, czasem było mi najzwyczajniej w świecie przykro…  Tym razem nie wytrzymałam.  Poniosło mnie…  Nie obyło się bez wyrzutów sumienia…  Ale tak musiało się stać…  Nie tylko dla mojego dobra, ale też dla Jego… Może to zmusi go do postrzegania ludzi, którzy dla niego pracują inaczej... Czas pokaże... 

 Po chwili przyszło mi do głowy, że czuję się jakby ktoś wyssał ze mnie całą energię.  Niczym wampir!  Wtedy mnie olśniło…  Wystukałam w Google - wampir energetyczny.  Jak sobie z nim poradzić?  Nie interesowało mnie żadne tam hokus pokus! Szukałam czegoś, kogoś kto potrafi sobie z nim poradzić. JEST!!! ARCHANIOŁ Michał!!!  Czułam przypływ sił. Odmówiłam kilka modlitw do Niego i położyłam się spać.

Rano wszystko minęło jak ręką odjął!!!  

Dzisiaj praca nie była dla mnie problemem. Odmówiłam jeszcze trzy razy różaniec i wstąpiła we mnie euforia.

 

Odzyskałam spokój ducha. Nie wiem co będzie jutro czy pojutrze, ale wiem, że nic nie jest w stanie mnie przerazić. Wiem, że będzie dobrze!

Wiem, że czeka mnie rozmowa z szefem i wiem, że nic już nie będzie jak dawniej.

Wiem, że będzie tak jak zechce BÓG…

 

 

Po południu zaczęłam nucić piosenkę"Mały książe".  Nie wiem dlaczego, ale może powinnam podarować mojemu szefowi książkę pod tym samym tytułem ;) 

 

 

MODLITWY DO ARCHANIOŁA MICHAŁA

 

Święty Michale Archaniele! Wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen.


Modlitwa poranna

Święty Michale Archaniele, który w brzasku swego istnienia wybrałeś Boga i całkowicie oddałeś się spełnianiu Jego świętej woli. Wstaw się za mną do Stwórcy, abym dzisiaj, za Twoim przykładem, na początku nowego dnia, otwierając się na działanie Ducha Świętego, w każdej chwili dawał się Bogu, wypełniając z miłością Jego świętą wolę.

Niech razem z Tobą wołam bez ustanku: Któż jak Bóg! Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.


Prośba o pokorę

Święty Michale Archaniele, pogromco szatana, ducha pychy, pomóż mi zwalczyć mój egoizm, który nie chce poddać się Bogu i Jego świętej woli.

Wstawiaj się za mną do Pana, abym zachwycony Bogiem wołał do Niego w każdej chwili mego życia: Któż jak Bóg! Amen.


Akt poświęcenia się św. Michałowi

O wielki Książę niebieski, najwierniejszy stróżu Kościoła, święty Michale Archaniele, oto ja, chociaż bardzo niegodny Twego oblicza jednak ufając Twojej dobroci, powodowany potężnym wpływem Twoich modlitw i licznymi twymi dobrodziejstwami, staję przed Tobą w towarzystwie mego anioła stróża i w obecności wszystkich aniołów niebieskich, których biorę za świadków mego nabożeństwa ku Tobie, Ciebie dziś obieram za swego szczególnego obrońcę i orędownika.

Postanawiam sobie mocno czcić Cię zawsze, bądź przy mnie przez całe życie moje, abym nigdy nie obraził Pana Boga myślą, słowem lub uczynkiem. Broń mnie przeciw wszystkim pokusom szatańskim, głównie atakującym wiarę i czystość, a w godzinę śmierci uproś pokój mej duszy i zaprowadź mnie do ojczyzny wiecznej. Amen.

23:12, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 czerwca 2017
Wielu z nas czasem ma gorsze dni.
Jesteśmy źli albo smutni, z tego czy innego powodu.  Szukamy kogoś z kim moglibyśmy pogadać....
 W najgorszym wypadku wyładowujemy swoją złość,  złe samopoczucie na bliskich - tego osobiście nie polecam... :)
 
Zapominamy, że tak naprawdę nasz najlepszy przyjaciel - JEZUS -  jest obok. 
 
Nie musimy od razu pędzić do Kościoła.
Dla niektórych czasem byłoby to dość trudne, a nawet niemożliwe. 
Możemy usiąść spokojnie i zwyczajnie z NIM pogadać. To nieistotne, że nasze oczy Go nie widzą.
Czasem nawet to lepsze rozwiązanie... 
 
Co jest w niej naistotniejsze?
 
Możemy mówić bez obawy, że zostaniemy źle zrozumiani, że nasze intencje zostaną źle odczytane.  Tutaj nie musimy się obawiać,   że źle o nas pomyśli, będzie nas oceniał przez pryzmat tego co powiemy w danym momencie. ON widzi i wie wszystko... 
Taka rozmowa jest jak modlitwa, a może nawet ważniejsza.
 
Jeżeli nasza rozmowa będzie wychodziła z głębi serca to gwarantuję, że ON nam pomoże uporać się z sytuacją. Pokaże nam drogę, podsunie rozwiązanie, albo najzwyczajniej w świecie pomoże nam nieść nasz krzyż... 
Tak czy owak będzie nam łatwiej... 
 
ON widzi więcej.... 
09:09, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 czerwca 2017

Gdy bycie sobą oznacza zupełnie odmienną ścieżkę życiową, nie ma zmiłuj. Owszem, będą tacy, co pochwalą i wesprą. Niestety, znajdzie się i pokaźne grono oburzonych, że jak to tak, nie podoba ci się zastany porządek świata? Co ty kombinujesz? Innymi słowy, super, że dopieszczasz swoje wewnętrzne „ja”, ale nie posuwaj się w tym indywidualizmie zbyt daleko. To troszkę razi w oczy, w najlepszym razie doczekasz się łatki ekscentryka. Choć częściej powiedzą, że pewnie masz jakiegoś bzika

Mając jakieś 10 lat zorientowałam się, że mówienie komuś prawdy czy tego co myślę może kogoś zranić.   

Do dnia dzisiejszego pamiętam, jak przyszła do mnie jedna z koleżanek wręczając plik opakowań z czekolad (wówczas zdobycie zagranicznych opakowań to było "coś") pytając czy w zamian za to zostanę jej przyjaciółką. Przyjęłam owe opakowania. Następnego dnia pobiegłam je zwrócić. Było mi strasznie głupio powiedzieć - słuchaj muszę je oddać bo wcale nie chcę być Twoją przyjaciółką...  Nie potrafiłam postąpić inaczej...  Wiem, że było jej przykro... Miała do mnie żal.... Ale ja musiałam wybrać...  Chciałam być uczciwa...

Wiele razy później za mówienie prawdy bądź postępowanie w zgodzie z sobą z własnym sumieniem zapłaciłam słoną karę.  Wiele razy prawda została  wykorzystana przeciwko mnie...


Własna droga jest tak trudna, bo bycie sobą narzuca pewne standardy. Wtedy wiadomo, że należy się zachować tak i tak. Również wtedy, gdy to wyjątkowo niewygodne. Łatwo jest być sobą, kiedy to nic nie kosztuje, gorzej, gdy ponosi się tego konsekwencje, ale właśnie wtedy można poznać swoją prawdziwą wartość. I dać się poznać innym. Niezależność zawsze ma swoją cenę, bo nie wszyscy będą tolerancyjni. Cóż, wystarczy w takim razie poszukać wzrokiem tych, którzy myślą podobnie i wyciągną  pomocną dłoń, a nie zaciśniętą pięść.

Czy warto ? Czy powinnam się wstydzić prawdy ? Tego, że mówię to co myślę ?  

Czasem powinnam się przynajmniej zamknąć...

Tagi: być sobą
11:12, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 kwietnia 2017
Jakkolwiek to zabrzmi Nowenna Pompejańska DZIAŁA!!! 
Muszę jednak wspomnieć, że to nie żadne hokus pokus. Bywają momenty, kiedy wydaje nam się, że cały świat wali się na głowę, bywają dni zwątpienia i ogarnia nas uczucie bezsensu.... 
Nade wszystko trzeba WYTRWAĆ !!! 
 
Pierwszą Nowennę zaczęłam odmawiać w lipcu zeszłego roku. Po ok. 20 dniach przerwałam... Usłyszałam, że to właśnie bez sensu...
 
Kolejny raz zaczęłam początkiem listopada. Ostatni dzień Nowenny był również ostatnim dniem roku 2016.  Mijały kolejne dni nowego roku i nic nie zapowiadało zmian. Moja intencja była nazwijmy to bardzo trudna...
 
Prosiłam o nowe mieszkanie. Nie chodziło o jakieś wygórowane ambicje. Chciałam mieszkania w którym będę mogła mieć odrobinę prywatności... Kocham swoją rodzinę jednak czasem potrzebuję mieć spokój... Cieszy mnie fakt, że odwiedza nas mnóstwo znajomych, że wszyscy lubią do nas przychodzić, ale...  Właśnie, ale czasem potrzebuję swojej własnej enklawy...
 
W połowie stycznia otrzymałam telefon z informacją,  która była początkiem zmian o które prosiłam Najświętszą Marię Pannę. Dzisiaj jest Dzień Miłosierdzia Bożego, a ja siedzę w swoim nowym mieszkaniu, a z zewnątrz dobiegają odgłosy Mszy Świętej prowadzonej w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia... 
 
Otrzymałam wiele łask o które nawet nie prosiłam... 
Kochana Mateczka pomaga mi nawet w zwykłych codziennych sprawach...
 
Teraz odmawiam Nowennę trzeci raz i wierzę,.. I każdemu radzę zrobić to samo:) 
sobota, 08 października 2016

 

 

Patrząc na życie współczesnego człowieka można pomyśleć, że żyjemy jak w amoku. Jakbyśmy byli nieustannie pod wpływem jakichś używek... System wartości jest jednym wielkim wymieszaniem. Nie ma w nim żadnej hierarchii – jest na własne potrzeby i wtedy, gdy się to podoba czy pasuje. To wszystko prowadzi do ślepoty, i to na wszystkich płaszczyznach.  Na pozór wszystko jest w porządku. Staramy się żyć w zgodzie z przyjętymi normami. Jesteśmy mili, uczynni pomagamy innym nawet za nich się modlimy.  Czasem jednak odzywa się w nas jakiś cichutki głos... ZRÓB WIĘCEJ !  Tłumimy go tłumacząc samym sobie : "przecież jestem w porządku",ale czy na pewno?! Czy na pewno robię wszystko aby żyło nam się lepiej. Czy daję z siebie wszystko?! Szukamy wymówek, aby żyć swoim wygodnym życiem, aby nie musieć rezygnować z czegoś co nam z różnych powodów odpowiada z czego czerpiemy przyjemność... Nie zwracamy uwagi na potrzeby innych... Czasem nie wystarczy 5 zł ofiarowane żebrakowi czy nawet modlitwa... Czasem musimy ZROBIĆ WIĘCEJ - ZMIENIĆ COŚ W SOBIE!  

W głębi duszy wiemy o tym, ale nie chcemy, dopóki .... Właśnie dopóki sytuacja nie zaczyna nas męczyć bądź coś złego się wydarzy. Pytamy Boga : dlaczego? Gdybysmy jednak chcieli się tak głębiej zastanowić to, tak naprawdę znamy odpowiedź tylko nie chcemy przyjąć jej do wiadomości. Wciąż słyszymy - dlaczego Bóg do tego dopuścił - nie szukając winy w nas samych. Czasem coś musi się wydarzyć bo inaczej nie zrozumiemy.  Czasem musimy upaść aby móc się podnieść i być silniejszym!

 

Wszystko co w życiu się dzieje ma jakiś sens i czemuś służy...

 

Zawsze powtarzam swoim podopiecznym "traktuj innych tak jak sam chciałbyś być potraktowany".  Ostatnio chyba o tym czasem zapominałam :(    Powinnam coś zmienić... Zacznę od dzisiaj...

18:29, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 października 2016

Kilka dni temu mój mąż powiedział na powitanie (często wyjeżdża - specyfika pracy) idę z tobą do kościoła. Zamarłam! Coś się wydarzyło - to była pierwsza myśl! Nie byłabym sobą gdybym nie zapytała o co chodzi. Nie chciał rozwinąć tematu...  Jest osobą bardzooo mocno stapającą po ziemi. Raczej trudno przekonać go do czegoś, czego nie można udowodnić. 

Kolejnego dnia wróciłam do pytania. Dlaczego? Dlaczego tak nagle zdecydował się pójść ze mną na mszę. 

Padła krótka odpowiedź:

 

W Austrii na autostradzie znalazłem się w sytuacji z której nie było wyjścia... Nie wiem jak to się stało, ale z niej wyszedłem... Ja tego sam nie zrobiłem... To nie byłem ja... Ktoś mi pomógł... Nie rozumiem tego...

Muszę podziękować Bogu... Pierwszy raz w życiu czuję, że chcę iść do Kościoła...

 

Nie pytałam o nic więcej. Znam męża ćwierć wieku i rzadko widzę go tak poruszonego. 

 

Dla wielu osób nie byłoby w tym nic niezwykłego, ale nie dla mnie... 

Dla mnie to CUD ....kolejny....

 

 

 

Jaka jest moja wiara...

 

Komuś może się to wydawać dziwne albo wręcz głupie, ale ja wierzę. 

Wierzę, że Bóg obecny jest w każdej mojej myśli, w każdym słowie, sytuacji... Nawet kiedy nie są dobre... 

Wierzę....

Wierzę, że On w jakimś celu do tego dopuścił...

Wierzę, że nawet kiedy upadnę,  "ubrudzę się"  to ON JEST I BĘDZIE ZE MNĄ, pomoże mi się podnieść...

21:53, zmiloscidoboga
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 września 2016

Byłam dzisiaj z moimi podopiecznymi na małej wycieczce "autobusowej". W drodze powrotnej na przystanku zagadnęła nas pewna Pani. Była to osoba niepełnosprawna na wózku. Zaczęła się rozmowa. Jak się okazało Pani miała porażenie mózgowe... Umysł miała powiedzialabym bardzo lotny, próbowała nawet ironizować swój stan. Kiedy opuściliśmy autobus najstarsza z podopiecznych powiedziala: "po co stanęliśmy koło tych ludzi (Pani była z opiekumem) gdybyśmy stanęli w innym miejscu nie wypytywała by nas o tyle rzeczy". Moje oburzenie sięgnęło zenitu. Ze spokojem jednak zapytałam co w tej Pani jej tak przeszkadzało? Wygląd? Nie musiała odpowiadać :(  Wiedziałam. To spotkanie zburzyło jej piękny świat w którym nie było miejsca dla "takich osób"... Tłumaczyłam, że "tacy" ludzie też mają prawo normalnie funkcjonować, potrzebują miłości i akceptacji... Jej odpowiedź: a co mnie to obchodzi! Zdziwiło mnie to. Jestem z nią od 6 lat i uważam, że to bardzo empatyczna dziewczynka. Nigdy jednak nie znalazła się w takiej sytuacji bezpośrednio. W zderzeniu z rzeczywistością lata nauki poszły w las... 

Wyciągnęłam z tej sytuacji jednak wnioski. 

Zapewne wiele razy mijamy ludzi jakże innych od nas samych. Innych pod wieloma względami. Czasem niedostrzegalnych gołym okiem. Jednak kiedy różnice są widoczne starajmy się nie przechodzić obojętnie. Tłumaczmy naszym pociechom... Dajmy im dobry przykład...

 

 

wtorek, 27 września 2016

Prezent....

 

Kiedy stajesz się osobą wierzącą w którymś momencie potrzebujesz wsparcia. Wsparcia kogoś kto może pewne rzeczy wyjaśnić albo po prostu sprowadzić na ziemię... 

Dwa tygodnie temu pojechałam do Sanktuarium Jana Pawła II. Poprosiłam za Jego wstawiennictwem Boga o takie właśnie wsparcie. O kogoś "z krwi i kości"... Dwa dni temu otrzymałam ten dar za co z całego serca jestem wdzięczna Bogu.

 

Ktoś mógłby zapytać: jak należy się modlić, aby Bóg nas wysłuchał? 

Myślę, że prosto z serca! 

Myślę, że Bogu nie potrzebne są jakieś wyszukane modlitwy... 

 

Jest jeszcze jedna kwestia - poprośmy chociaż czasem o potrzebne łaski. 

Kiedyś przeczytałam kazanie jednego z księży o tym, że nie potrafimy się modlić. W ogromnym skrócie :

.... traktujemy modlitwę jak koncert życzeń....

Tymczasem często nie wiemy co jest dla nas dobre... Domyślam się, że dla niektórych może nie brzmieć to zachęcająco. Wydaje nam się, że wiemy lepiej...

 

Dla pocieszenia wątpiącym

 

Bóg czasem zmienia zdanie 

 

 

Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam (Mt 7, 7); Otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie (Mt 21, 22);

 

 

Koronka do Najświętszego Serca Pana Jezusa Ojca Pio obok św.Jana Pawła II i św. Faustyny mój ulubiony święty.

Codziennie odmawiał tę koronkę w intencji ludzi, którzy polecali się jego modlitwom.

 

1. O, mój Jezu, Ty powiedziałeś: "Zaprawdę mówię wam, proście, a otrzymacie, szukajcie, a znajdziecie, pukajcie, a będzie wam otworzone", wysłuchaj mnie, gdyż pukam, szukam i proszę o łaskę......

       Ojcze nasz..., Zdrowaś Maryjo..., Chwała Ojcu...       Najświętsze Serce Jezusa, ufam Ci i w Tobie pokładam nadzieję.

 

2. O, mój Jezu, Ty powiedziałeś: "Zaprawdę mówię wam, o cokolwiek będziecie prosić Ojca w imię moje, da wam", wysłuchaj mnie, gdyż proszę Ojca w Twoje imię o łaskę.....

 

       Ojcze nasz..., Zdrowaś Maryjo..., Chwała Ojcu...       Najświętsze Serce Jezusa, ufam Ci i w Tobie pokładam nadzieję.

 

3. O, mój Jezu, Ty powiedziałeś: "Zaprawdę mówię wam, niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą", wysłuchaj mnie, gdyż zachęcony Twoimi słowami proszę o łaskę.......

       Ojcze nasz..., Zdrowaś Maryjo..., Chwała Ojcu...       Najświętsze Serce Jezusa, ufam Ci i w Tobie pokładam nadzieję.

 

O, Najświętsze Serce Jezusa, dla którego jest niemożliwe tylko to, aby nie mieć litości dla strapionych, dlatego miej litość nad nami, biednymi grzesznikami i udziel nam łask, o które Cię prosimy za pośrednictwem Niepokalanego Serca Maryi, Twojej i naszej czułej Matki. Św. Józefie, Przybrany Ojcze Jezusa Chrystusa, módl się za nami.

piątek, 23 września 2016

malzenstwo_to_takie_wyszukane_slowo_20140712_130917

 

Wczoraj przyjechałam z pracy wcześniej niż zwykle. W progu usłyszałam? Czy ty czegoś ode mnie chcesz, że wróciłaś tak wcześnie?  Przełknęłam tą uwagę...

Dzisiaj przyszłam do pracy. Na blacie stał talerz z przygotowanym śniadaniem. Przychodzi mój szef i pyta:

pani Angeliko, a to co ?

To dla mnie? Kto to przygotował?

Moja odpowiedź: żona.

On na to : ona musi czegoś ode mnie chcieć.

 

Zwaliło mnie to z nóg...

Czy faceci nie potrafią docenić prostych gestów na znak miłości? Czy my kobiety koniecznie musimy padać Wam do stóp , na każdym kroku zapewniać Was o naszym uczuciu i w kółko powtarzać kocham !?

Na co dzień kiedy mąż wraca przygotowuję coś do jedzenia (u mnie opędzenie się kanapkami nie wchodzi w grę)..... Robię kawę... I zdarza się, że usłyszę przysłowiowe "zupa była za słona"..

Kiedy ja wracam jestem wdzięczna jak czeka na mnie kawa. Jak jest coś do jedzenia to myślę: ocho...święto w rodzinie 

Faceci powinniście Nas bardziej doceniać !!! Bierzecie przykład z Waszych dzieci....

Reakcja moich dzieci :
- oooo mama przyszła... Zaczyna się opowiadanie ...dzisiaj w szkole...

Reakcja moich podopiecznych:
- jest ! Jest ! Przyszła...

 

Przed chwilą telefon od męża. Opowiadam poranną sytuację i bez ogródek stwierdzam :

-  Wy faceci jesteście szurnięci !

Odpowiedź :

- my jesteśmy tacy niedoskonali 

 

To jest miłość  Po 20-stu latach ....

 

 

10:16, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 września 2016

 

Moje psy...

Wczoraj przyśnił mi się jeden z moich psów - Nero.
W swoim życiu miałam dwa psy - Nera i Dianę, oba boksery. 
Raczej zawsze bałam się psów. Kiedy rodzina zaczęła naciskać zgodziłam się pod warunkiem, że będzie to bokser. Dziwny wybór zważywszy na mój strach. Dlaczego bokser ?  Po prostu mi się podobał. 
Często na osiedlu widywałam starszego pana z bokserem.  Zastanawiałam się wówczas - dlaczego on zawsze chodzi z tym psem pijany.  Osądziłam go !

Wychodziłam z Nerem na spacery i wtedy właśnie poznałam owego pana... Było mi wstyd przed samą sobą.  Okazało się bowiem, że pan był po wylewie. Miał problemy z mową. Często spotykaliśmy się na spacerach. Opowiadał o sobie o swojej pasji i....o moim ojcu, którego nie pamiętałam. To dzięki niemu Go poznałam bliżej i dzięki paru innym osobom, które poznałam chodząc na spacery właśnie z Nerem. 
W głowie miałam mocno zniekształcony obraz ojca.... ale to inna historia... Któregoś dnia ów pan zapukał do moich drzwi z prezentem dla moich dzieci - przyniósł bajkę "Król lew". Potem było jeszcze kilka innych, płyty z nagraniami moich ulubionych piosenek.... Nigdy nic nie chciał w zamian. Robił to jak twierdził z przyjemności.
Ech, łza się w oku kręci...

Diana była zaadoptowana z Fundacji Boksery w Potrzebie dla towarzystwa Nera, kiedy przeprowadziliśmy się na wieś, a ja poszłam do pracy.  
Diana to pies odebrany od właścicielki, która przez dwa lata przetrzymywała ją w nieludzkich warunkach... Wiele przeszła.   Miała 9 lat. Kiedy ją zobaczyłam na zdjeciach nie znałam jej historii. Od razu wiedziałam, że tylko ona...  Pojechaliśmy po nią. Pani z Fundacji zapytała dlaczego właśnie Diana? Do dzisiaj pamiętam dokładnie swoją odpowiedź: "Wydaje mi się, że jeżeli jej nie weźmiemy to nikt tego nie zrobi. To stary pies". Wracając płakałam nad nią i jej losem...nad okrucieństwem właścicielki....Była z nami prawie dwa lata.  Kilka dni przed Bożym Narodzeniem spadła z łóżka... Pojechaliśmy do weterynarza. Badania, prześwietlenia, leki.... Kolejnego dnia diagnoza - dają jej dwa tygodnie życia w męczarniach ma zwyrodnienie kręgosłupa. Musieliśmy podjąć decyzję.  Miałam ostatnie pieniądze w portfelu odłożone na Święta. Wydałam je na eutanazję Diany.  Nie wiem jakim cudem pieniądze na Święta też się w ostatniej chwili znalazły...

Któregoś ranka obudziłam się z myślą, że Bóg dociera do każdego z nas w najbardziej przyswajalny dla nas sposób. Uczy nas miłości na różne spodoby, używając do tego różnych środków...

 

311036_185355141538975_51781839_n

Diana i Nero 2009 r.

10:39, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 września 2016

Pomyślałam dzisiaj o jednej z osób za, którą się modliłam.  Momentalnie przypomniało mi się opowiadanie, które czytałam jakieś kilkanaście lat temu.....


Życie nie jest niczym innym jak podróżą pociągiem: składającą się z wsiadania i wysiadania, naszpikowanym wypadkami, przyjemnymi niespodziankami oraz głębokimi smutkami. 

Rodząc się, wsiadamy do pociągu z napisem ŻYCIE. Znajdujemy tam osoby, z którymi myślimy być zawsze podczas naszej podróży: naszych rodziców.... Niestety, prawda jest inna. Oni wysiadają na jakiejś stacji pozbawiając nas swojej czułości, przyjaźni, towarzystwa. Jednak to nie przeszkadza, by wsiadły inne osoby, które staną się dla nas bardzo szczególne. 
Przybywają nasi bracia, przyjaciele i cudowne miłości. 
Wśród osób, które jadą tym pociągiem, będą takie, które robią sobie zwykłą przejażdżkę, takie, które wywołują w podróży tylko smutek... oraz takie, które krążąc po pociągu będą zawsze gotowe do pomocy potrzebującym.
Wielu wysiadając pozostawi ciągłą tęsknotę... inni przejdą tak niezauważenie, że nie zdamy sobie sprawy, że zwolnili miejsce.


Ciekawe jest, że niektórzy pasażerowie, którzy są przez nas najbardziej ukochani, zajmą miejsca w wagonach najbardziej oddalonych od naszego. Dlatego będziemy musieli przebyć drogę oddzielnie, bez nich. Oczywiście, nic nam nie przeszkadza, by w trakcie podróży porozglądać się - choć z trudnością - po naszym wagonie i dotrzeć do nich... Ale niestety, nie będziemy już mogli usiąść przy ich boku, ponieważ miejsce to będzie już zajęte przez inną osobę. 
Nieważne; ta podróż właśnie tak wygląda: pełna wyzwań, marzeń, fantazji, oczekiwań i pożegnań... Ale nigdy powrotów.

A zatem, odbądźmy naszą podróż w możliwie najlepszy sposób. Próbujmy zawierać znajmomości z każdym pasażerem szukając w każdym z nich ich najlepszych cech. Pamiętajmy, że zawsze w jakiejś chwili w podróży oni mogą bełkotać i prawdobodobnie będziemy musieli ich zrozumieć... Ponieważ nam również wiele razy będzie plątać się język i będzie ktoś, kto nas nie zrozumie. 
Wielka tajemnica na końcu polega na tym, że nigdy nie będziemy wiedzieć na jakiej stacji wysiadamy, ani gdzie wysiądą nasi towarzysze, ani nawet ten, który zajmuje miejsce przy naszym boku.
Zastanawiam się, czy kiedy wysiądę z pociągu, poczuję nostalgię... Wierzę, że tak. Oddzielić się od niektórych przyjaciół, z którymi odbywałem podróż będzie bolesne. Pozwolić, by moje dzieci pozostały same, będzie bardzo smutne. Ale chwytam się nadziei, że kiedyś przybędę na stację główną i zobaczę jak przybywają z bagażem, którego nie posiadali przy wsiadaniu. Uszczęśliwi mnie myśl, że współpracowałam przy tym, by ich bagaż rósł i stawał się bardziej wartościowy. 

Mój przyjacielu, sprawmy, by nasz pobyt w tym pociągu był spokojny i wart starań. Róbmy tak, by gdy nadejdzie chwila wysiadania, na naszym pustym miejscu pozostała tęsknota i miłe wspomnienia dla tych, co kontyuują podróż. Tobie, gdyż jesteś częścią mojego pociągu, życzę... 

Szczęśliwej podróży!!! 

 

 

 

 

 

20:24, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »

Jajko Wielkanocne

 

Jajko Wielkanocne symbol nowego życia...

To pierwsza rzecz jaką stworzyłam stając się osobą wierzącą. Wymowne   

 

Dopiero teraz zwróciłam na to uwagę. 

 

 

20:17, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »

Myśl o tym, że muszę dać świadectwo pojawiła się już kilka miesięcy temu. Nie bardzo wiedziałam jak się za to zabrać.  Szybko się zniechęciłam.

Parę dni temu kolejna myśl - odwagi i piosenka Dżemu "Żyj z całych sił..." Później następna - ta dotyczyła mojego hobby czy tego co lubię ogólnie, tego co mnie inspiruje.  Odkąd pamiętam lubiłam "coś tworzyć" najlepiej coś z niczego 

Presja publikowania moich prac, myśli czy tego co mnie inspiruje jest silniejsza ....

Mam wrażenie, że nie mam tu nic do powiedzenia   

Wierzę jednak Bogu, wierzę, że to ma czemuś służyć.... 

20:17, zmiloscidoboga
Link Dodaj komentarz »

 

Moja droga do wiary była długa i kręta. Zastanawiam się od czego zacząć. Pewnie najlepiej od początku tylko w tym przypadku sama nie wiem gdzie jest początek...

Przez wiele lat byłam osobą niewierzacą.  Naturalnie zostałam ochrzczona, przystapiłam do pierwszej komunii i bierzmowania ale.....  Właśnie to ALE...  Teraz z perspektywy czasu mam właśnie przekonanie, że byłam niewierzącą.  Nikt nigdy nie nauczył mnie wiary. W domu było różnie. Wychowałam się w rozbitej rodzinie w przekonaniu, że mój ojciec jest kompletnym zerem. Faceci ogólnie są BEEE, a my kobiety "mamy leżeć i pachnieć" - to było określenie mamy, ale nie o tym chciałam pisać... 
Owszem w dzieciństwie mama czasem wysyłała mnie do kościoła było to jednak traktowane jak przykry obowiązek. 

Kiedy zaczęłam wierzyć?
Myślę, że wszystko zaczęło się jedenaście lat temu...
Był marzec Ojciec Św. Jan Paweł II był w stanie agonalnym.  Na kilka dni przed jego śmiercią nagle zaczęłam śledzić stan jego zdrowia... Kiedy ogłoszono jego odejście płakałam jak bóbr przez kilka dni. Coś we mnie pękło, a przecież nigdy nawet nie pofatygowałam się żeby go posłuchać. 
Był to również okres przygotowywania się syna do I Komunii Św.
Chodziłam z nim na próby. W tym okresie po raz pierwszy w życiu poczułam żal za grzechy... Do spowiedzi św. poszłam z łzami w oczach... Ksiądz mnie nie zrozumiał... Powiedział, że spowiedź polega na wymienieniu wszystkich grzechów... Wiedziałam o tym...wymieniłam... Nie było mowy o jakimś pouczeniu. Otrzymałam rozgrzeszenie, ale czułam się jak zbity pies. Wówczas potrzebowałam czegoś więcej.

Obraziłam się na Pana Boga na Kościół...

Kolejne lata były jak zły sen... Przeprowadzałam się z rodziną kilka razy... 
Kiedy młodsza córka szła do komunii w ogóle nie poszłam do spowiedzi.

Miesiąc po wyprowadzce z mojej rodzinnej miejscowości zaczęłam pracowac jako opiekunka dziecka u osoby nie wierzacej w to, że Bóg istnieje... Często w rozmowach poruszała ten temat. Wspominała o pewnej znajomej, która pomaga duszom, ludziom...  Wówczas pojawiła się myśl - ...JA TEŻ TAK CHCĘ...

Chyba zawsze byłam otwarta na ludzi, chciałam im pomagać, wierzyłam im i w nich. Moja mama zwykła nazywać to naiwnością i głupotą 

Po 9 miesiącach zrezygnowałam z pracy nie mając żadnych perspektyw. Coś się we mnie buntowało, nie chciałam tam już pracować. Niby wszystko ok, byłam doceniana......a jednak coś było nie tak. Mąż również wówczas nie pracował... Było ciężko... Po dwóch miesiącach zadzwoniła do mnie osoba u której pracuję do dnia dzisiejszego..... Było lepej. Mąż znalazł pracę. Kolejna przeprowadzka... 

Byłam coraz bliżej ukochanego Krakowa (nie potrafię logicznie wytłumaczyć tej "miłości")
W międzyczasie wiele czytałam głównie o podświadomości pozytywnym myśleniu, medytacji...
Naturalnie na mnie metody podawane w książce nie działały jakoś spektakularnie.  

Blisko dwa lata temu (grudzień 2014) czytając w jednej z książek trafiłam na zdanie, które należało powtarzać jak mantrę:

"Bóg już teraz zaspakaja wszystkie moje potrzeby.... "

Ja w miejsce kropek wstawiłam m.in. słowo DUCHOWE. Pamiętam, że powtarzałam owe zadanie trzy dni przed zaśnięciem. Wydawało mi się, że Bóg mnie nie słucha... Zrezygnowałam. Po krótkim czasie zorientowałam się, że pamiętam swoje sny. Pojawiła się myśl -"musisz nauczyć się interpretować sny".  Poddałam się tej myśli. Niejednokrotnie błądzilam.  Teraz idzie mi lepiej 
Nie skojarzyłam tego z Boskim działaniem. Ta myśl pojawiła się niedawno.  Teraz wiem, że wszystko co się działo miało mnie zaprowadzić właśnie "w to miejsce w ktorym jestem, a może jeszcze dalej...".  

Była połowa wakacji 2015.  Miałam anginę, siedziałam w domu. Córka jechała do biblioteki i zapytała czy nie chcę jakiejś książki. W zasadzie nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. Wpadł mi w oczy tytuł "Zero ograniczeń".  W książce opisana jest metoda hoponopono. Polega ona w skrócie na powtarzaniu słów "przepraszam, wybacz mi proszę, dziękuję, kocham cię". Jest trochę odjechana bo wg mnie kierowanie tych słów do np. krzesła jest przesadą. Ja miałam przekonanie co do kierowania owych słów w stosunku do osób wobec których mam jakiś żal.  
Natrafiłam również na zdanie "trzeba we wszystkim zaufać Bogu..." . Nagle dostałam olśnienia ! Powtarzałam - Boże przecież to było takie proste!  

Był to również okres ciężki dla mnie w pracy.  Coraz więcej ode mnie oczekiwano. Miałam ochotę rzucić to wszystko... Postanowiłam wypróbować metodę na moim szefie  Na początku ciężko szło:))   Nie wiem jak to się stało, ale podziałało. Od tego czasu rekacje poprawiły się wręcz zadziwiająco.

Wewnętrznie czułam że to do końca nie jest "to". 
Myślę, że miało mnie to nauczyć czegoś... Przychodzą mi do głowy słowa, ktore kiedyś usłyszałam - "czasem, aby znaleźć Boga musimy się trochę ubrudzić" - nie bójmy się tego.

W ten sposób traktuję ten etap. Dokładnie tak samo było później. Żeby nie przedłużać.... Kolejna książka, kolejna metoda... 
Po przeczytaniu znowu przyszedł moment na jej zastosowanie. 

Wniosek na dzień dzisiejszy - metody nauczyły mnie ogromnej miłości do ludzi mio, że stosowalam je bardzo krótko. 

W którymś momencie znalazłam link do nagrania na yt "miłość bezwarunkowa". Podczas odsłuchiwania pojawił mi się przed oczami obraz Pana Jezusa. Proszę mnie dobrze zrozumieć to nie było żadne widzenie! To był obraz przywołany jakby z pamięci... Wówczas zaczęłam się zastanawiać. No dobrze, a co właśnie z Panem Jezusem. O nim nie było mowy w żadnej z książek, które przeczytałam, w żadnej metodzie?!   Obraz praktycznie nie znikał. Jakby mnie "prześladował" . Choć to bardzo złe określenie. Trwało to kilka tygodni. W końcu uznałam, że powinnam przeczytać Biblię. Jakoś marnie mi szło. Wielu rzeczy nie rozumiałam. Pojawiła się myśl - Ewangelia! Było łatwiej. Czytałam Ewangelię każdego dnia i kilka komentarzy do niej. Wówczas również czytałam bloga o.Grzegorza Kramera, czasem słuchałam o. Adama Szustaka  
Po pewnym czasie zauważyłam, że każdego dnia spotykają mnie sytuacje o których mowa w Ewangelii na dany dzień. Każdego dnia musiałam się z nimi zmierzyć.  To był początek ! Początek mojej WIARY przez duże "W".

 

MYŚL:

Są ludzie, którzy czytają horoskopy, a ja mam Ewangelię !

 


Dokładnie w jedenastą rocznicę śmierci Jana Pawła II obudziłam się zlana potem. 
Sen :
Stałam na ulicy. Zobaczyłam sąsiadkę (to była osoba, którą znałam z rodzinnego miasta całkowicie neutralna - myślę, że w śnie nie miała osobistego znaczenia). Poczułam do niej ogromną miłość bliźniego. Jej postać zmieniła się w kogoś w pelerynie z kapturem na głowie. Odwróciła się, a ja poczułam nienawiść bijącą od tej "osoby" . To była kwintesencja zła... Pamiętam, że krzyczałam - nienawidzę cię. Bałam się. Usłyszałam głos - w ten sposób "tego" nie pokonasz. Musisz okazać miłość. Byłam przerażona... Starałam się... Ktoś mi pomagał... Obudziłam się czułam obecność Jezusa... Miałam wrażenie, że kiedy wyciągnę rekę to go mogę dotknąć... W głowie pojawiały się kolejne myśli, słowa - Jakby dialog przeprowadzany w myślach..

- nie bój się, już nic ci nie grozi, jestem przy Tobie......

Chciałam tylko zasnąć. Cały czas czułam Jego obecność...

Wiem jak to zabrzmiało, ale mogłabym przysiądz, że to wydarzyło się naprawdę.
Obudziłam się po paru godzinach.

 

Byłam rozbita. Nie wiedziałam co mam o tym wszystkim myśleć. Była sobota. Mój mąż wyjechał w trasę byłam z dziećmi. Chciałam wyrzucić to z siebie, ale nie wiedziałam komu mogłabym opowiedzieć... Mąż nawet gdyby był pewnie by nie uwierzył. Kolejnego dnia pojechałam rankiem do Castoramy. Parking był pełny. Z Sanktuarium Bożego Miłosierdzia dobiegały odgłosy mszy. Zastanowiło mnie co to za święto. Dziwne pomyślałam. Mieszkałam w Krakowie od ponad trzech lat. Naturalnie wiedziałam o istnieniu Sanktuarium,  ale jakoś mnie to nie interesowało. Jak wspominałam nie chodziłam do Kościoła od lat. Przyjechałam do  domu i zaczłam drążyc temat. Szperałam po internecie. Niedziela Miłosierdzia Bożego. Trafiłam na strone o św. Faustynie. Potem na jej Dziennik. Kolejna myśl - musisz go przeczytac. Pytanie postawione w myślach - po co ? Odpowiedź - dowiesz sie jak przeczytasz. przeczytałam kilka stron... Kolejnego dnia zrozumiałam. Do pracy przyjechałam jak zbity pies. Szefowa od razu poznała, że coś jest nie tak. Próbowałam jej opowiedziec, ale słowa uweizły mi w gardle. Patrzyła na mnie jak na wariatkę . Nie byłam w stanie wszystkiego powiedzieć. Do dzisiaj mam przed oczami jej wzrok. Nie mam do  niej żalu. Ona nie rozumiała. Postanowiłam, że nie będę nikomu o  tym wspominać - przynajmniej na razie.  W kolejny weekend pojechałam do Sanktuarium. Czytałam Dziennik, Ewangelię.... Kilka dni poźniej trafilam na o. Pio... Przeczytałam o jego córkach duchwych i co należy zrobić aby nią zostać. Pomyślałam - ech to nie dla mnie, nie byłam w spowiedzi 11 lat. Ksiądz mnie przegoni. Kilka minut poźniej weszłam do garderoby. Poczułam piekny zapach.Zastanawiałam sie skąd pochodzi bo przecież nigdy wcześniej go nie czułam. Nie zaparzątałam sobie jednak tym głowy. Przypomniałam sobie o tym zdarzeniu dwa dni póżniej kiedy przeczytałam o zapachu o.Pio. Kilka dni późniejiej myśl o pójściu do spowiedzi nie dawała mi spokoju... Czułam jakbym chodziła z ogromnym balastem, który mnie przygniata. Okropne uczucie, płakałam przez dwa dni.  Strach przed byciem niezrozumianą był jednak wiekszy. Niedługo potem niespodziewanie wyszłam z pracy wcześniej. Czułam palącą potrzebę, aby jechać do Sanktuarium. Usiadłam w ławce. Zastanawiałam sie - po co tutaj przyszłam. Mój wzrok padł na konfesjonał. Kolejna myśl - jak to po co, do spowiedzi! No idź ! Zabrzmiało jak rozkaz.  Do dnia dzisiejszego nie wiem skąd znalazłam siłę aby podejśc do konfesjonału. Jakby jakaś niewidzialna siła mnie tam wypłynęła. Zdążyłam tylko pomyśleć - Boże daj mi kogoś kto zrozumie. Zrozumiał...... Kiedy wspomniałam o o.Pio i o tym, że tak naprawdę wypchneła mnie z ławki jakaś siła płakał razem ze mną.  Nigdy więcej nie spotkałam tego księdza w Sanktuarium... Pewnie był przejazdem 

Po kilku dniach obudziłam się z myślą o Duchu Świętym. Nie dawało mi to spokoju przez cały dzień. Wieczorem przeglądając internet zorientowałam się .... Nowenna do Ducha Świętego. Był dokladnie dzień, w którym należało ją zacząć odmawiać - 9 dni przed uroczystością Zesłania Ducha Świętego. Postanowiłam, że ofiaruje ją w intencji męża. Za kilka dni mąż powiedział "ty moja gołąbeczko". Oniemiałam. Gołąb to symbol Ducha Świętego, a mój mąż nigdy w ciągu 20 lat małżeństwa nie powiedział gołąbeczko...

Takich zdarzeń, myśli jest od tego czasu mnóstwo. Praktycznie każdego dnia pojawia się nowa. 

Są również sny. Sny, w których pojawiają się osoby i proszą o modlitwę za nich. Sny, które mnie ostrzegają....

Pewnego dnia przyśnił mi się szwagier. Prosił o pomoc.  Pomodlilam się. Dwa tygodnie później dostał pracę z której go zwolniono 1.5 roku wcześniej za alkohol i do której wg przepisów nie miał szans powrócić. 

Któregoś dnia podczas mszy odniosłam wrażenie, że ksiądz mówiący kazanie cierpi....  Myśl o jego bólu nie dawała mi spokoju do momentu kiedy postanowiłam, że poświęcę mu kilka dni modlitwy.

Czasem jest to ktoś obcy, spotkany na ulicy w sklepie....

 

Naturalnie może ktoś uznać, że to moja nadinterpretacja, jednak wychodzę z założenia, że modlitwa nikomu jeszcze nie zaszkodziła  

Są jednak przypadki, które jestem w stanie zweryfikować. Stosuję jeszcze jedną zasadę: proszę Boga o udzielenie potrzebnych łask bo tak naprawdę my często nie wiemy czego nam potrzeba. Tylko Bóg to wie...

 

Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą” Mt 7,7-11