Blog > Komentarze do wpisu

Świadectwo... Moja droga...

 

Moja droga do wiary była długa i kręta. Zastanawiam się od czego zacząć. Pewnie najlepiej od początku tylko w tym przypadku sama nie wiem gdzie jest początek...

Przez wiele lat byłam osobą niewierzacą.  Naturalnie zostałam ochrzczona, przystapiłam do pierwszej komunii i bierzmowania ale.....  Właśnie to ALE...  Teraz z perspektywy czasu mam właśnie przekonanie, że byłam niewierzącą.  Nikt nigdy nie nauczył mnie wiary. W domu było różnie. Wychowałam się w rozbitej rodzinie w przekonaniu, że mój ojciec jest kompletnym zerem. Faceci ogólnie są BEEE, a my kobiety "mamy leżeć i pachnieć" - to było określenie mamy, ale nie o tym chciałam pisać... 
Owszem w dzieciństwie mama czasem wysyłała mnie do kościoła było to jednak traktowane jak przykry obowiązek. 

Kiedy zaczęłam wierzyć?
Myślę, że wszystko zaczęło się jedenaście lat temu...
Był marzec Ojciec Św. Jan Paweł II był w stanie agonalnym.  Na kilka dni przed jego śmiercią nagle zaczęłam śledzić stan jego zdrowia... Kiedy ogłoszono jego odejście płakałam jak bóbr przez kilka dni. Coś we mnie pękło, a przecież nigdy nawet nie pofatygowałam się żeby go posłuchać. 
Był to również okres przygotowywania się syna do I Komunii Św.
Chodziłam z nim na próby. W tym okresie po raz pierwszy w życiu poczułam żal za grzechy... Do spowiedzi św. poszłam z łzami w oczach... Ksiądz mnie nie zrozumiał... Powiedział, że spowiedź polega na wymienieniu wszystkich grzechów... Wiedziałam o tym...wymieniłam... Nie było mowy o jakimś pouczeniu. Otrzymałam rozgrzeszenie, ale czułam się jak zbity pies. Wówczas potrzebowałam czegoś więcej.

Obraziłam się na Pana Boga na Kościół...

Kolejne lata były jak zły sen... Przeprowadzałam się z rodziną kilka razy... 
Kiedy młodsza córka szła do komunii w ogóle nie poszłam do spowiedzi.

Miesiąc po wyprowadzce z mojej rodzinnej miejscowości zaczęłam pracowac jako opiekunka dziecka u osoby nie wierzacej w to, że Bóg istnieje... Często w rozmowach poruszała ten temat. Wspominała o pewnej znajomej, która pomaga duszom, ludziom...  Wówczas pojawiła się myśl - ...JA TEŻ TAK CHCĘ...

Chyba zawsze byłam otwarta na ludzi, chciałam im pomagać, wierzyłam im i w nich. Moja mama zwykła nazywać to naiwnością i głupotą 

Po 9 miesiącach zrezygnowałam z pracy nie mając żadnych perspektyw. Coś się we mnie buntowało, nie chciałam tam już pracować. Niby wszystko ok, byłam doceniana......a jednak coś było nie tak. Mąż również wówczas nie pracował... Było ciężko... Po dwóch miesiącach zadzwoniła do mnie osoba u której pracuję do dnia dzisiejszego..... Było lepej. Mąż znalazł pracę. Kolejna przeprowadzka... 

Byłam coraz bliżej ukochanego Krakowa (nie potrafię logicznie wytłumaczyć tej "miłości")
W międzyczasie wiele czytałam głównie o podświadomości pozytywnym myśleniu, medytacji...
Naturalnie na mnie metody podawane w książce nie działały jakoś spektakularnie.  

Blisko dwa lata temu (grudzień 2014) czytając w jednej z książek trafiłam na zdanie, które należało powtarzać jak mantrę:

"Bóg już teraz zaspakaja wszystkie moje potrzeby.... "

Ja w miejsce kropek wstawiłam m.in. słowo DUCHOWE. Pamiętam, że powtarzałam owe zadanie trzy dni przed zaśnięciem. Wydawało mi się, że Bóg mnie nie słucha... Zrezygnowałam. Po krótkim czasie zorientowałam się, że pamiętam swoje sny. Pojawiła się myśl -"musisz nauczyć się interpretować sny".  Poddałam się tej myśli. Niejednokrotnie błądzilam.  Teraz idzie mi lepiej 
Nie skojarzyłam tego z Boskim działaniem. Ta myśl pojawiła się niedawno.  Teraz wiem, że wszystko co się działo miało mnie zaprowadzić właśnie "w to miejsce w ktorym jestem, a może jeszcze dalej...".  

Była połowa wakacji 2015.  Miałam anginę, siedziałam w domu. Córka jechała do biblioteki i zapytała czy nie chcę jakiejś książki. W zasadzie nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. Wpadł mi w oczy tytuł "Zero ograniczeń".  W książce opisana jest metoda hoponopono. Polega ona w skrócie na powtarzaniu słów "przepraszam, wybacz mi proszę, dziękuję, kocham cię". Jest trochę odjechana bo wg mnie kierowanie tych słów do np. krzesła jest przesadą. Ja miałam przekonanie co do kierowania owych słów w stosunku do osób wobec których mam jakiś żal.  
Natrafiłam również na zdanie "trzeba we wszystkim zaufać Bogu..." . Nagle dostałam olśnienia ! Powtarzałam - Boże przecież to było takie proste!  

Był to również okres ciężki dla mnie w pracy.  Coraz więcej ode mnie oczekiwano. Miałam ochotę rzucić to wszystko... Postanowiłam wypróbować metodę na moim szefie  Na początku ciężko szło:))   Nie wiem jak to się stało, ale podziałało. Od tego czasu rekacje poprawiły się wręcz zadziwiająco.

Wewnętrznie czułam że to do końca nie jest "to". 
Myślę, że miało mnie to nauczyć czegoś... Przychodzą mi do głowy słowa, ktore kiedyś usłyszałam - "czasem, aby znaleźć Boga musimy się trochę ubrudzić" - nie bójmy się tego.

W ten sposób traktuję ten etap. Dokładnie tak samo było później. Żeby nie przedłużać.... Kolejna książka, kolejna metoda... 
Po przeczytaniu znowu przyszedł moment na jej zastosowanie. 

Wniosek na dzień dzisiejszy - metody nauczyły mnie ogromnej miłości do ludzi mio, że stosowalam je bardzo krótko. 

W którymś momencie znalazłam link do nagrania na yt "miłość bezwarunkowa". Podczas odsłuchiwania pojawił mi się przed oczami obraz Pana Jezusa. Proszę mnie dobrze zrozumieć to nie było żadne widzenie! To był obraz przywołany jakby z pamięci... Wówczas zaczęłam się zastanawiać. No dobrze, a co właśnie z Panem Jezusem. O nim nie było mowy w żadnej z książek, które przeczytałam, w żadnej metodzie?!   Obraz praktycznie nie znikał. Jakby mnie "prześladował" . Choć to bardzo złe określenie. Trwało to kilka tygodni. W końcu uznałam, że powinnam przeczytać Biblię. Jakoś marnie mi szło. Wielu rzeczy nie rozumiałam. Pojawiła się myśl - Ewangelia! Było łatwiej. Czytałam Ewangelię każdego dnia i kilka komentarzy do niej. Wówczas również czytałam bloga o.Grzegorza Kramera, czasem słuchałam o. Adama Szustaka  
Po pewnym czasie zauważyłam, że każdego dnia spotykają mnie sytuacje o których mowa w Ewangelii na dany dzień. Każdego dnia musiałam się z nimi zmierzyć.  To był początek ! Początek mojej WIARY przez duże "W".

 

MYŚL:

Są ludzie, którzy czytają horoskopy, a ja mam Ewangelię !

 


Dokładnie w jedenastą rocznicę śmierci Jana Pawła II obudziłam się zlana potem. 
Sen :
Stałam na ulicy. Zobaczyłam sąsiadkę (to była osoba, którą znałam z rodzinnego miasta całkowicie neutralna - myślę, że w śnie nie miała osobistego znaczenia). Poczułam do niej ogromną miłość bliźniego. Jej postać zmieniła się w kogoś w pelerynie z kapturem na głowie. Odwróciła się, a ja poczułam nienawiść bijącą od tej "osoby" . To była kwintesencja zła... Pamiętam, że krzyczałam - nienawidzę cię. Bałam się. Usłyszałam głos - w ten sposób "tego" nie pokonasz. Musisz okazać miłość. Byłam przerażona... Starałam się... Ktoś mi pomagał... Obudziłam się czułam obecność Jezusa... Miałam wrażenie, że kiedy wyciągnę rekę to go mogę dotknąć... W głowie pojawiały się kolejne myśli, słowa - Jakby dialog przeprowadzany w myślach..

- nie bój się, już nic ci nie grozi, jestem przy Tobie......

Chciałam tylko zasnąć. Cały czas czułam Jego obecność...

Wiem jak to zabrzmiało, ale mogłabym przysiądz, że to wydarzyło się naprawdę.
Obudziłam się po paru godzinach.

 

Byłam rozbita. Nie wiedziałam co mam o tym wszystkim myśleć. Była sobota. Mój mąż wyjechał w trasę byłam z dziećmi. Chciałam wyrzucić to z siebie, ale nie wiedziałam komu mogłabym opowiedzieć... Mąż nawet gdyby był pewnie by nie uwierzył. Kolejnego dnia pojechałam rankiem do Castoramy. Parking był pełny. Z Sanktuarium Bożego Miłosierdzia dobiegały odgłosy mszy. Zastanowiło mnie co to za święto. Dziwne pomyślałam. Mieszkałam w Krakowie od ponad trzech lat. Naturalnie wiedziałam o istnieniu Sanktuarium,  ale jakoś mnie to nie interesowało. Jak wspominałam nie chodziłam do Kościoła od lat. Przyjechałam do  domu i zaczłam drążyc temat. Szperałam po internecie. Niedziela Miłosierdzia Bożego. Trafiłam na strone o św. Faustynie. Potem na jej Dziennik. Kolejna myśl - musisz go przeczytac. Pytanie postawione w myślach - po co ? Odpowiedź - dowiesz sie jak przeczytasz. przeczytałam kilka stron... Kolejnego dnia zrozumiałam. Do pracy przyjechałam jak zbity pies. Szefowa od razu poznała, że coś jest nie tak. Próbowałam jej opowiedziec, ale słowa uweizły mi w gardle. Patrzyła na mnie jak na wariatkę . Nie byłam w stanie wszystkiego powiedzieć. Do dzisiaj mam przed oczami jej wzrok. Nie mam do  niej żalu. Ona nie rozumiała. Postanowiłam, że nie będę nikomu o  tym wspominać - przynajmniej na razie.  W kolejny weekend pojechałam do Sanktuarium. Czytałam Dziennik, Ewangelię.... Kilka dni poźniej trafilam na o. Pio... Przeczytałam o jego córkach duchwych i co należy zrobić aby nią zostać. Pomyślałam - ech to nie dla mnie, nie byłam w spowiedzi 11 lat. Ksiądz mnie przegoni. Kilka minut poźniej weszłam do garderoby. Poczułam piekny zapach.Zastanawiałam sie skąd pochodzi bo przecież nigdy wcześniej go nie czułam. Nie zaparzątałam sobie jednak tym głowy. Przypomniałam sobie o tym zdarzeniu dwa dni póżniej kiedy przeczytałam o zapachu o.Pio. Kilka dni późniejiej myśl o pójściu do spowiedzi nie dawała mi spokoju... Czułam jakbym chodziła z ogromnym balastem, który mnie przygniata. Okropne uczucie, płakałam przez dwa dni.  Strach przed byciem niezrozumianą był jednak wiekszy. Niedługo potem niespodziewanie wyszłam z pracy wcześniej. Czułam palącą potrzebę, aby jechać do Sanktuarium. Usiadłam w ławce. Zastanawiałam sie - po co tutaj przyszłam. Mój wzrok padł na konfesjonał. Kolejna myśl - jak to po co, do spowiedzi! No idź ! Zabrzmiało jak rozkaz.  Do dnia dzisiejszego nie wiem skąd znalazłam siłę aby podejśc do konfesjonału. Jakby jakaś niewidzialna siła mnie tam wypłynęła. Zdążyłam tylko pomyśleć - Boże daj mi kogoś kto zrozumie. Zrozumiał...... Kiedy wspomniałam o o.Pio i o tym, że tak naprawdę wypchneła mnie z ławki jakaś siła płakał razem ze mną.  Nigdy więcej nie spotkałam tego księdza w Sanktuarium... Pewnie był przejazdem 

Po kilku dniach obudziłam się z myślą o Duchu Świętym. Nie dawało mi to spokoju przez cały dzień. Wieczorem przeglądając internet zorientowałam się .... Nowenna do Ducha Świętego. Był dokladnie dzień, w którym należało ją zacząć odmawiać - 9 dni przed uroczystością Zesłania Ducha Świętego. Postanowiłam, że ofiaruje ją w intencji męża. Za kilka dni mąż powiedział "ty moja gołąbeczko". Oniemiałam. Gołąb to symbol Ducha Świętego, a mój mąż nigdy w ciągu 20 lat małżeństwa nie powiedział gołąbeczko...

Takich zdarzeń, myśli jest od tego czasu mnóstwo. Praktycznie każdego dnia pojawia się nowa. 

Są również sny. Sny, w których pojawiają się osoby i proszą o modlitwę za nich. Sny, które mnie ostrzegają....

Pewnego dnia przyśnił mi się szwagier. Prosił o pomoc.  Pomodlilam się. Dwa tygodnie później dostał pracę z której go zwolniono 1.5 roku wcześniej za alkohol i do której wg przepisów nie miał szans powrócić. 

Któregoś dnia podczas mszy odniosłam wrażenie, że ksiądz mówiący kazanie cierpi....  Myśl o jego bólu nie dawała mi spokoju do momentu kiedy postanowiłam, że poświęcę mu kilka dni modlitwy.

Czasem jest to ktoś obcy, spotkany na ulicy w sklepie....

 

Naturalnie może ktoś uznać, że to moja nadinterpretacja, jednak wychodzę z założenia, że modlitwa nikomu jeszcze nie zaszkodziła  

Są jednak przypadki, które jestem w stanie zweryfikować. Stosuję jeszcze jedną zasadę: proszę Boga o udzielenie potrzebnych łask bo tak naprawdę my często nie wiemy czego nam potrzeba. Tylko Bóg to wie...

 

Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą” Mt 7,7-11

 

 

 

 

 

poniedziałek, 19 września 2016, zmiloscidoboga

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Duszyczka, *.play-internet.pl
2016/09/20 15:17:10
Bóg Cie Kocha :-)
-
2016/09/20 19:34:56
Myślę, że kocha każdego. My go po po prostu czasem nie rozumiemy